E-Biznes w czasach MOBILE

Jak nie dać się wyprzedzić technologii?

„Towar macany należy do macanta“ Takim hasłem zdobiono w czasach realnego socjalizmu wiele sklepowych półek. Mimo że trudno przypuszczać, aby ktoś trzydzieści lat temu antycypował, w jakim kierunku zmierzać będzie handel (o e-handlu nawet nie wspomnę), to jednak ciężko nie uśmiechnąć się na myśl: a co, jeśli już niebawem tak to właśnie będzie działać? Wyobraźmy sobie, że przechadzamy się po […]

zakupy mobile

„Towar macany należy do macanta“

Takim hasłem zdobiono w czasach realnego socjalizmu wiele sklepowych półek. Mimo że trudno przypuszczać, aby ktoś trzydzieści lat temu antycypował, w jakim kierunku zmierzać będzie handel (o e-handlu nawet nie wspomnę), to jednak ciężko nie uśmiechnąć się na myśl: a co, jeśli już niebawem tak to właśnie będzie działać? Wyobraźmy sobie, że przechadzamy się po galerii handlowej, na przykład w warszawskich Złotych Tarasach lub poznańskim Starym Browarze czy łódzkiej Manufakturze. Przechodzimy od sklepu do sklepu, ale nie mamy spejcalnie ochoty na to, aby dźwigać ciężkie siatki. W końcu kochamy e-commerce. Właśnie to uwielbiamy w zakupach internetowych, czyż nie? To, że towar przybywa do nas, a nie my po niego. Kochamy to, że nie musieliśmy dźwigać dwudziestu kilogramowych puszek dla naszego pupilka czy też targać czegokolwiek na 10 piętro wielkopłytowego osiągnięcia architektonicznego poprzedniej epoki.

Ale wciąż jednego nie możemy się wyzbyć. Potrzeby dotknięcia produktu. Klasyczny znany nam e-commerce sprzedaje wyobrażenie o produkcie. A jeśliby przejść na wyższy poziom?

mobile qr centrum

Shopping center Virginia USA – prawie jak m-commerce

Powróćmy do naszej galerii. Jakiejkolwiek, najlepiej tej, do której przybywacie z ochoty, a nie z obowiązku. Mijając kolejne wystawy sklepowe, powoli ogarnia nas demon: zakupos chochlikus, często źle tłumaczony jako jako ‚zakupoholicus’. Kiedy już demon ma naszą duszę (i porfel) we władaniu, wchodzimy do sklepu, oglądamy kolejne produkty i zaczynamy… skanować kody telefonem (tak, wiem, to już jest możliwe). Tyle tylko, że po wszystkim dodajemy w telefonie czas, w którym można nam produkt dostarczyć. A płatności? Już zapłacone! Odpowiednim rachunkiem obciążono właśnie nasze konto. Nie przekonuje?

To może kolejna sytuacja

Stoimy w kolejce, ogromnej kolejce, na przykład w jednym z klimatyzowanych blaszaków typu dyskont (może być ten od Henia lub ten od polecających się warzyw i owoców… realnie rzecz biorąc, którykolwiek). Zapakowaliśmy już wszystko do koszyka i radośnie oczekujemy kolejne kwadranse, aż ci, którzy postanowili wynieść ze sklepu roczny zapas śmietany i jogurtów zostaną, jak to się mawia, skasowani. I w pewnym momencie… Eureka (zawsze to przychodzi mi na myśl, kiedy mam odróżnić seler naciowy od naci pietruszki, nieważne)! Przypomniało nam się, że przecież jajek nie miało być 10 lecz 30, a mąki miały być cztery kilogramy, a nie jeden. Co teraz? Wracamy? Wycofujemy z kolejki maszynę oblężniczą typu wózek i podchodzimy raz jeszcze do półek, kolejno wybierając przeoczone produkty? Nie! Skanujemy kod kreskowy (lub ewentualnie wprowadzony przez producenta QR kod) na paczce z jajkami i na opakowaniu mąki. Dodajemy czas realizacji zamówienia. I już. Pozostaje nam jedynie doczekać końca kolejki. Tyle tylko że… po co w niej w ogóle stoimy, skoro właśnie dokonaliśmy większości zakupów telefonem?

kolejka prl

Ktoś mógłby zaoponować, że to bajki, że taki sposób zakupów nigdy się nie uda, że systemów obsługujących sklepy jest zbyt dużo, że trudno byłoby zapewnić zaplecze logistyczne etc., etc. Tyle tylko, że za kilka lat w tę bajkę być może wszyscy będziemy chcieli/musieli uwierzyć. PayPal rozwija swój eWallet wręcz futurystycznie (polecam nienajnowszy już dzisiaj artykuł z Gazety.Biznes autorstwa Tomasza Grynkiewicza „Cały handel w kieszeni“, poświęcony właśnie temu, czym obecnie zajmuje się PayPal). Możliwość zrobienia telefonem zakupu o dowolnej porze, stojąc przy wystawie zamkniętego sklepu… to dopiero cyberiada. A czemu nie w Polsce? Cóż stoi na przeszkodzie, aby wprowadzić aplikację, która umożliwiłaby synchronizację stanów magazynowych realnych czy też, jak kto woli, naziemnych sklepów z ich ewentualnymi wirtualnymi witrynami. A co, jeśli w ogóle nie byłaby potrzebna taka witryna? Gdyby tak aplikacja napisana dla każdej mobilnej platformy samodzielnie łączyła się z systemem sklepowym każdego naziemnego przybytku popytu i podaży, wykorzystując geolokalizację i umożliwiając każdemu, kto ją zainstaluje, dowolny zakup …za pomocą telefonu?

To idźmy o krok dalej

Skoro już kupujemy za pomocą telefonu w realnym sklepie, to może od razu weźmy w telefonie kredyt? Sytuacja poglądowa: młode małżeństwo idzie do sklepu po wyprawkę. Dokonują zakupów telefonem, klikając kolejne paczki pieluch, zestawy dla niemowląt, kołyskę, wózek, wałeczki dla dzieci z ulewaniem (nie wymyśliłem tego, to prawdziwy produkt…) i nagle okazuje się, że brakuje im środków w e-portfelu, którym się posługują. To co? Kredyt! Szybka pożyczka? A co z wiarygodnością? A opłacany rachunek telefoniczny nie jest wiarygodny? No właśnie… Oczywiście można powiedzieć, że firmy oferujące kredyt na telefon działają już od jakiegoś czasu, to prawda. Tyle tylko, że niekoniecznie ktoś sprzęga takie działania z zakupami internetowymi. Gdyby jednak klient potwierdzał swoją wiarygodność kredytową już nie przez comiesięczne spłacanie karty, ale przez zakupy taką aplikacją? Nadal nieprzekonani?

maluch prl

Generowaliście kiedyś listę definiowanych przelewów? Pewnie, że tak. To teraz wygenerujcie listę definiowanych zakupów (wszelkie artykuły: od spożywczych, przez chemię gospodarczą, po artykuły biurowe). I kiedy już taką listę stworzyliście w swojej aplikacji, zatwierdzacie ją, jako – na przykład – comiesięczne lub kwartalne zapotrzebowanie. A teraz idziemy do sklepu. Przecież nie będziemy tego wszystkiego zapamiętywać, po prostu przechadzamy się alejkami galerii handlowej. Nasza aplikacja sama dodała do koszyka produkty, zdefiniowane przez nas na liście. Ktoś powie: stop! Ale przecież w galeriach handlowych jest z reguły kilka punktów, w których można kupić podobne produkty. Książkę można nabyć nie tylko w Empiku, także w MediaMarkt, podobnie filmy czy płyty z muzyką. Kilogram pomarańczy można nabyć w Almie, Piotrze i Pawle, ale i w Tesco. Co wtedy? Aplikacja wybiera inteligentnie na podstawie parametrów (np.: takich jak cena), ale też zapamiętując nasz ostatni wybór. Możemy też zawsze dodać opcję: szukaj poza sklepem XXX, definiując dowolnie, w których miejscach zakupy nas interesują, a w których nie. Skąd aplikacja wie: gdzie jesteśmy? Geolokalizacja! Wychodząc z obszaru galerii, zatwierdzamy zakupy jednym kliknięciem. Możemy dodać godzinę odbioru, ale nie musimy. Aplikacja może mieć wprowadzony nasz adres, na podstawie usługi geolokalizacyjnej sama wie, o której będziemy w domu, a zatem potrafi wygenerować oczekiwany czas dostarczenia produktów bez naszej ingerencji. No dobrze, przesadziłem, czy tak? Możliwe, ale…

Tymczasem w Stanach Zjednoczonych…

… PayPal już pracuje nad podobnie bajkowymi rozwiązaniami. Na razie ma to związek głównie z aktywnie rozwijanym e-walletem, ale nietrudno sobie wyobrazić, że to potencjalny kierunek rozwoju handlu w ogóle. W czasie gdy w Polsce tematem numer jeden jest dyskusja nad kolejnymi zakupami krajowego lidera resellingu (Grupy Allegro) oraz to, czemu po wschodniej stronie Odry pojawią się biura firmy Bezosa, w Stanach trwają eksperymenty z czymś, co nie jest już tylko wizją rozwoju mcommerce, lecz tym, co ją dalece przerasta. Dzisiaj coś, co można by roboczo określić jako open/wszędzie/zawsze commerce, jest tylko wizją lub, jak kto woli, fantazjowaniem, jednak za kilka lat może okazać się wiodącym standardem zakupowym.

talony

Wszędzie i o każdej porze

Wizja kupowania wszędzie, o każdej porze i w każdym sklepie (lub choćby tylko przechodząc obok któregokolwiek) jest oczywiście szalenie atrakcyjna dla klienta, bowiem, jak nietrudno zauważyć, łączy wszystkie zalety e-commerce (szybkość, łatwość, brak kolejek) z tym, co dla wielu było przewagą zakupów tradycyjnych (możliwość dokładnego obejrzenia produktu, sprawdzenia jego stanu technicznego etc.). A jak mogłoby to przełożyć się na układ sił światowego e-commerce’u? Z pewnością pierwszym poszkodowanym takiego stanu rzeczy, czyli przeniesienia mechanizmów e-commerce do świata realnego byłby wujek Google. Nietrudno sobie wyobrazić, jak zmalałaby rola pozycjonowania sklepu czy produktu, gdyby aplikacja samodzielnie dokonywała wyboru w sklepach na podstawie parametrów określonych wcześniej przez klienta. Ostatecznie to właśnie do Googla czy porównywarek cenowych należy „nasz wybór“ sklepu (czyż nie?), w którym chcemy dokonać zakupu. Z całą pewnością ucierpiałby też klasyczny rynek e-commerce. I to nie tyle rynek typowych resellerów (eBay, Allegro), ile przede wszystkim średnich e-sklepów, zdefiniowanych pod konkretne produkty czy usługi, które odtąd nie mogłyby konkurować z naziemnymi pawilonami, tracąc całą technologiczną przewagę. Poza jedną. Brakiem konieczności wychodzenia z domu. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do dostawy prosto do domu przewaga ta nie ma aż tylu zwolenników, co z łatwością daje się zaobserwować w czasie corocznych świąt…